4:30, KOTY I POWROTY



Od dwóch tygodni nie piłam herbaty. I zapomniałam o tym zupełnie. Że nie piłam. I chciałoby się powiedzieć - i żyję. Bez tej codziennej rzeczy, oczywistej. Dopiero dziś, gdy usiadłam przy stole, po powiedzmy sobie trochę odespanej nocy w podróży, uświadomiłam sobie, że tyle dni nie piłam herbaty. I w ogóle. Nie otwierałam skrzynki pocztowej. Od dwóch tygodni. A z poczty, którą można brać do ręki jest list z banku, elle decoration i kartka z zachodem słońca wypisana pospiesznie i za to jestem wdzięczna. Dla kotów czwarta trzydzieści nad ranem nie miała znaczenia. Przyszły. Przywitały. Dziś należy im się długie leniwe głaskanie. Choć sama nie wiem komu jest bardziej potrzebne. I drapanie za uchem, pod obrożą z dzwoneczkiem żeby ptaki słyszały, że nadchodzą. Takie drapanie lubią najbardziej.
Potykam się o walizki. Otwarte, ale nie rozpakowane jeszcze. A niech sobie leżą. Chociaż jeszcze przez chwilę. Babcia by powiedziała, że w niedzielę się prania nie robi więc będą musiały poczekać do poniedziałku. Nie na środku są przecież. A szkoda. Przypominają Andaluzję. Buty, które przetarły stopy, buty, które nagle zrobiły się za ciasne, klapki. Klapki. Do poniedziałku, kiedy wszystko wróci do normy, dawnego porządku. Stęskniłam się za tym.
Tańczą krzykiem. Brzmieniem desek. Parzą bardzo dobrą kawę. Dzielą się jedzeniem. Pod każdym względem. I dumni są z tego. Gdy poprosiliśmy o najbardziej lokalne tapas, sam kucharz zaangażował się całym temperamentnym sercem i dumą z tego co ma do zaoferowania. Wskazał całą blachę pysznej bardzo lokalnej potrawy, dopiero co przygotowanej, koniecznie do spróbowania. Koniecznie. A jak próbowaliśmy tej lokalnej dumy i mruczeliśmy z uznaniem to wyglądał z kuchni raz po raz wycierając ręce o fartuch.
Zakochałam się w gazpacho. Próbowałam na każdym przystanku, było w różnych wersjach od tych z łyżką po te w szklance z dużą kostką lodu. Dość słone, ale bardzo, bardzo orzeźwiające. Nie wyobrażam sobie tego lata bez gazpacho.
Można iść upalną ulicą i zatrzymywać się przy otwartych drzwiach. Nie wchodzić. Przystanąć. Każde z nich niesie swoją porcję chłodu. Zatrzymać się jak M. przed każdą lodziarnią. Postać albo kupić porcję lodów. M. tak długo wybiera smaki. Podchodzę i mówię szybko - weź ten, ten i ten. Sorbety są najlepsze latem.
Tańczą krzykiem. Brzmieniem desek. Parzą bardzo dobrą kawę. Dzielą się jedzeniem. Pod każdym względem. I dumni są z tego. Gdy poprosiliśmy o najbardziej lokalne tapas, sam kucharz zaangażował się całym temperamentnym sercem i dumą z tego co ma do zaoferowania. Wskazał całą blachę pysznej bardzo lokalnej potrawy, dopiero co przygotowanej, koniecznie do spróbowania. Koniecznie. A jak próbowaliśmy tej lokalnej dumy i mruczeliśmy z uznaniem to wyglądał z kuchni raz po raz wycierając ręce o fartuch.
Zakochałam się w gazpacho. Próbowałam na każdym przystanku, było w różnych wersjach od tych z łyżką po te w szklance z dużą kostką lodu. Dość słone, ale bardzo, bardzo orzeźwiające. Nie wyobrażam sobie tego lata bez gazpacho.
Można iść upalną ulicą i zatrzymywać się przy otwartych drzwiach. Nie wchodzić. Przystanąć. Każde z nich niesie swoją porcję chłodu. Zatrzymać się jak M. przed każdą lodziarnią. Postać albo kupić porcję lodów. M. tak długo wybiera smaki. Podchodzę i mówię szybko - weź ten, ten i ten. Sorbety są najlepsze latem.
10 komentarzy:
jak Ci zazdroszczę tych przeżyć
Pięknie.
Samo słowo "Andaluzja" działa bardzo silnie na moją wyobraźnię.
I założę się, że wszystko robiliście i smakowaliście chwile POWOLI...;)
Pozdrawiam Lisiczko!
Andaluzja! Ole! Niesamowite miejsce, Niesamowici ludzie, no i companieros co sie nawet spiworem podziela..!
Sciskam
E.
ps. Fotki jak zwykle zaczarowuja!
Trzy razy sobie przeczytalam to, co napisalas. W glowie wiruja mi obrazy, bo zawsze jak cos czytam, to sobie to wyobrazam. Lokalne tapas, gazpacho, sorbety. Jak tam musialo byc Wam pysznie!
Mam nadzieje, ze pokazesz nam wiecej :)
Sciskam Cie mocno :*
Andaluzja jest wspaniała... Pamiętam nasz wieczór z tapas w Granadzie ;) A w Rondzie byliście?
I pokażesz więcej?
Cudna opowieść. To co, Lisiczko, gazpacho się szykuje...? :)
Pięknie. Mam nadzieję, że dostaniemy, przynajmniej wirtualnie, andaluzyjskich pyszności i inspiracji :)
Pokażę. Tylko rozpakuję walizki, poukładam myśli, wygłaszczę koty i pozbędę się syndromu pourlopowego.
Tapas owszem, Ronda owszem (najpiękniejsza ze wszystkich!), companieros owszem, gazpacho owszem.
Pozdrawiam Wszystkich i dziękuję za komentarze :)
Idę się lenić.
Lisiczka (bez kitki).
Prześlij komentarz