środa, 22 lipca 2009

Morze owoców morza


KOTU TRAFIŁA SIĘ SZYNKA





Po czym poznać, że się wróciło. Po tym, że są naczynia w zlewie i chciałoby się powiedzieć - zaraz. Po tym, że trzeba kupić herbatę, bo się kończy. Po tym, że pranie już suche i że trzeba poskładać. Po tym, że chciało się czytać książkę. Po powrocie.
A tu tak pada. Równie dobrze można by było upiec jakieś ciasto o smaku zimy. Czyli pełne cynamonu, skórki pomarańczowej, nieprzyzwoicie słodkie. I już wtedy nikt by nie poznał, że to nawet lato jest.
Migają mi słoneczne, gorące, upalne ulice. Kot, któremu trafiła się jamòn serrano. Piwo pycha. Lekkie, łagodne w smaku. Ziemniaki pyszne, w oliwie z oliwek. Morze owoców morza. Doña Lina w Sevilli, gdzie było najlepsze gazpacho. Ensalada rusa... O, to największe zaskoczenie. Całkiem jak nasza jarzynowa, z majonezem.



4 komentarze:

Ania pisze...

Ensalada rusa, mówisz? Muszę sprawdzić...

Skad ja to znam, LIsiczko! "Chciało się czytać ksiażkę"...

ptasia pisze...

Pierwsze nasze piwo w Madrycie było Mahou (potem często się dzieliliśmy takimi butelkami litrowymi), nie San Miguel, którego pamiętałam z wyjazdu na Costa Brava. Pamiętam je bardzo dobrze, bo gdy ponura barmanka powiedziała, że mają "Mauu", poczułam się zbita z tropu. No i w tym barze zatrzasnęłam się w toalecie, i wysyłałam M smsy: "Help - nie mogę wyjść" :)

Bea pisze...

No prosze, znaczy 'slade russe' kroluje w calej Europie ;) Choc ja tu zawsze wszystkim powtarzam, ze polska jest lepsza rzecz jasna ;)
Piekne, klimatyczne zdjecia Lisiczko.
Witaj 'w domu' :)

Pozdrawiam!

lisiczka_bez_kitki pisze...

No ta rusa cała to aż nie mogłam uwierzyć. Takie majonezowe, w takie upały? Ale jednak.

Fajnie jest wracać do domu.